niedziela, 15 kwietnia 2012

12) I tym razem niedzielą


Niedziela to taki dzień, kiedy – gwoli nazwy – nic się nie dzieje i nic nie działa. Niedziele są idealne dla mnie. Stoję na krawędzi nowego tygodnia, z miliardem niedokończonych spraw, rozkosznie rozleniwiona i zaleczam zmęczenie tygodnia poprzedniego. Staram się sześc dni w tygodniu spędzac możliwie najmniej samotnie, zaś niedzielami kontakty bliższe są absolutnie zakazane. Piszę wtedy, oglądam filmy, gotuję niespieszny posiłek – dziś była to orientalna potrawka bez sosu sojowego (nie mogę sobie darować niekupienia), za to z słodko-ostrym sosem chilli.

Przeglądam gazety, artykuły, skrobię zaległe recenzje i prace. W zeszłym roku jeszcze nienawidziłam niedziel, a teraz je uwielbiam. Pauza przed energicznym starem w poniedziałek – poranny fitness jest niezawodny. Niezbędna, szczególnie, że czeka mnie tydzień intensywny nauki do kolokwium ze sztuki i architektury starożytnej – poprawkowego, zresztą.


Efektem dziwnych rozmów nad ranem, analizy translatologicznej i zapachu kisielu cytrynowego mieszającym się z aromatem korzennej inki było uzupełnienie mojego tekstu o pół sceny.  Skłonna jestem, żeby ten fragment, jeszcze nieopatrzony didaskaliami, był pierwszym w ogóle, który ujrzy światło dzienne.




(...)

LIDIA Chyba już pójdę.
ZONA Dokąd? Dlaczego?
LIDIA Śnić.
ZONA Śnić?
LIDIA Wciąż o tym samym. Tylko ludzie jakby w każdym śnie inni. Są noce, że gonię za ulotnym marzeniem. A tu co mogę? Gdzie gonić? Pustka.
ZONA Ta rozmowa jest snem.
LIDIA Śnią mi się ludzie, których nigdy nie widziałam.
ZONA Ta rozmowa jest tylko snem. A ja nie mam prawdziwych snów. Jestem chory, chory na rzeczywistość, chory. Chcę się obudzić! TERAZ!
LIDIA Umrzeć?
ZONA Czuję smak śmierci każdej nocy. Jest słodka i gorzkawa. Zimna i gorąca. Śmierć smakuje jak miłość.
LIDIA Co ty mówisz, Zona?
ZONA Idę umierać. Spotkajmy się we śnie.
LIDIA Dokąd ty… czekaj!
ZONA UMIERAĆ! UMIERAĆ! Otwórz oczy i dostrzeż, że nie otacza nas nic poza iluzją. Realność jest słodkim kłamstwem. Słodkim i gorzkim, na realność się umiera. Poza iluzją nie ma nic, jedynie niebyt. Bo nic nie jest czymś przez przekonania, iż jest tym właśnie, a przekonanie to wmówienie, pewność, pewien obraz, że coś na pewno. Iluzja. KOCHAĆ! KOCHAĆ! UMIERAĆ! UMIERAĆ!
LIDIA Szaleniec!
ZONA UMIERAĆ! KOCHAĆ! ILUZJA!
LIDIA Byt to my, a my jesteśmy naprawdę.
ZONA Nie wiesz tego nigdy. Nie ma nas tu, ta rozmowa jest tylko snem. Byt funkcjonuje w pustce, pustka to wszystko. Jeśli my jesteśmy bytem, to i krzesło jest bytem, a pokój to pustka pomiędzy ścianami i tak my funkcjonujemy w pustce. Pustka zawsze jest tak, gdzie byt. Połóż palec w mokrym piasku. Byt twojego palca zmieni obraz piasku, czyli zmieni byt. Piasek przed spotkaniem z twoim palcem to już niebyt. Piasek nie będzie i będzie. Gdybyś teraz wstała z krzesła, w poduszce na siedzisku pozostanie niebyt. Byt dupy zostanie z tobą, natomiast niebyt dupy ze mną, gdy ja będę bytem w tym pokoju, a ty bytem poza nim i niebytem tu. 




Za dużo tworzę, za mało śpię. Za mało tworzę, za dużo się waham. 

środa, 11 kwietnia 2012

11,5) !

Mogłam mieć piegi albo śmieszny tik, ale mam alergię. 
Noc boję się, że się uduszę przez sen, a co dzień, że w sposób wyjątkowo żałosny zasmarkam siebie i cały tramwaj.
I tak cały rok. Dookoła niezliczone wrogie wojska alergenów. 







Taki post to nie post, więc dodam mu trochę magii. Hipnotycznie cudowny Faun. 





niedziela, 25 marca 2012

11) Powinności przy niedzieli


Podobno najtrudniej jest zacząć. Nieprawda, najtrudniej jest wstać. Opuścić ciepłe, wygodne łóżko i zmierzyć się z zimną i niewygodną rzeczywistością.
Przypuszczam, że nawet z niewygodnego łóżka niechętnie się wstaje. Wstać oznacza zgłoszenie gotowości do działania, nawet, jeśli wcale nie jest się gotowym. Wtedy zaczynają się zadania, oczekiwania i świadomość powinności, bo przecież powinno się mieć napisane cztery prace, dwa artykuły, kilka recenzji, a poza tym już dawno powinno się posprzątać, zrobić zakupy, na które powinno się mieć pieniądze. Świat oczekuje, że się będzie doskonałym, nigdy nie wierzcie psychologom i etykom, którzy twierdzą inaczej. Każdy, kto twierdzi, że nic i nikt nie oczekuje od jednostki bycia doskonałym tylko w „jednostce” ma śladową słuszność. Zadanie jest odgórne i dotyczy mas. Nich masy będą doskonałe, masy doskonałych jednostek, najlepiej identycznych. Dlatego tak trudno jest wstać. Gdy sobie człowiek uświadomi, jak bardzo powinien, choć niekoniecznie chce (mu się), natychmiast nabiera ochoty na chorobę, albo jakikolwiek inny powód do pozostania w łóżku. W rzeczywistości, w której nie wolno chorować, bo nie wolno być słabym, chwilowe wykluczenie z zobowiązanych do wstania jest niesamowicie przyjemne. Choć kaszlesz, kichasz i zostajesz w tyle, to zyskujesz złudzenie świętego spokoju od wszystkiego i wszystkich.
Jest też niedziela. Niedziela, kiedy najlepiej jest leżeć długo po przebudzeniu i wstać jedynie celem przyjemności. Ja na przykład wybieram się do opery. Hybryda doskonała pracoholizmu, hedonizmu i systemu nagród i kar. Muszę posprzątać, a jak posprzątam, w nagrodę mam wychodne, ale ponieważ lecę sama ze sobą w jajo z kilkoma innymi ważnymi sprawami, nie będzie to nic lekkiego. Lubię widowiska, więc zachowuję pierwiastek przyjemności. Każde obejrzane (zaliczone?) widowisko daje profity na uczelni (bo na teatrologii nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda, że coś się widziało).
Szkoda, że trzeba wstać, a skoro jeszcze przed wstaniem ma się plan działania, to na pewno już się jest dorosłym. Bardzo tego nie lubię, najbardziej tego, że w ogóle jest plan. Ileż planów trzeba zrealizować, by móc wygospodarować kilka dni na nieplanowanie? Wstać bez poczucia powinności, wyjść na plażę bez poczucia samotności* i umoczyć nogi w lodowatym Bałtyku bez poczucia rychłego przeziębienia i śpiewać, śpiewać, śpiewać…  



* Okropne uczucia wmawiające, że w takie miejsca, jak plaża, chodzi się dwójkami lub grupami. Fuj.

poniedziałek, 12 marca 2012

10) Grunwald


                Jestem kluseczkiem świderkiem. Zrobiono ze mnie supeł i musiałam się z niego wyplątać, a wszystko to w rytmie szalonej muzyki, której nawet w centrach handlowych nie puszczą. Potem smooth jazz, oddychanie. Zaczęłam tydzień.
                Ciało wciąż się buntuje: „O nie, będę Cię boleć jak jasna cholera, a odechce Ci się fitnessu! Masz leżeć, pachnieć i tyć.”. Trwa moja walka ze słabością fizyczną. Jednocześnie walczę z kompleksami, uświadamiając sobie z radością, że: 1) cała grupa ma się ruszać, nie wyglądać; 2) cała grupa w połowie zajęć wygląda równie źle; 3) nie sztuka jest nie pomylić się ani razu, ale wykonać ruch; 4) po półtoragodzinnym skakaniu, gdy czołgam się na przystanek jak zdyszana psina, jest mi naprawdę wszystko jedno, zaś ludzie nie zwracają na taką psinę uwagi. Dzięki temu zaczynam się czuć coraz swobodniej.
                Szokujące, jak bardzo wiem, jak coś napisać, a jak bardzo nie znajduję na to czasu. Wprost proporcjonalnie, im bliżej oddania, tym mniej okazji do napisania, gdy już jest okazja - nie ma sił. A do napisania jest dużo i należałoby się za to wziąć, najlepiej z czystym umysłem i na spokojnie. Przede wszystkim recenzje dotychczas widzianych spektakli w sezonie 11/12 (tak, jeśli widzicie w teatrze kogoś kto jednocześnie ogląda przedstawienie i coś notuje, to pewnie ja), analiza tłumaczeniowa dramatu (moje u l u b i o n e zajęcie, niech to szlag), a przede wszystkim dokończyć sztukę.
                Ze sztuką jest tak, że kończę ją już bardzo długo. Ostatnio otworzyłam plik z tekstem i patrzyłam tępo w swoje „dzieło”. Było późno, około pierwszej trzydzieści w nocy. Przeczytałam raz, potem przeczytałam od końca, następnie wybrane partie. Wściekła, zrozpaczona zaznaczyłam wszystko i wcisnęłam „delete”. Dopiłam piwo (wiem, że do artystycznego obrazu pasowałaby herbata lub wino, bardzo mi przykro – takie czasy), zgniotłam puszkę i przez chwilę bardzo siebie nienawidziłam. Problem jest oczywisty, jak data bitwy pod Grunwaldem, a jednak dojście do niego było jak przerobienie całych dziejów państwa polskiego, by nagle – w natłoku faktów – natknąć się na coś banalnego, a jednocześnie będącego etapem finalnym tego, co się wydarzyło (tu bardziej pasowałby pierwszy pokój toruński, ale to już nie jest dla wielu taki oczywiste). W każdym razie, jesteśmy już po wojnie, czas na wioski. Dotarło do mnie, że cokolwiek piszę, jest jak szkolna lektura. Taka na etapie omawiania: w schemacie, przewidywalnie. Dotarło do mnie jednocześnie, że powinnam ponosić żałobę za samą siebie – za wolność i radość tworzenia, która towarzyszyła mi aż do momentu znalezienia się w gimnazjum, a którą zamordowało liceum.
Z perspektywy studenta, zajmującego się sztuką w sposób swobodny, zachęcanego przez samych wykładowców do wyciągania własnych wniosków i tworzenia własnych analiz, widzę, jak krzywdzące były programy, do których temperowano wszystkich. Kto myśli samodzielnie, temu zawsze piach w oczy, przycięcie skrzydeł. Sześć lat pisania pod klucz zaowocowało przemienienie siły twórczej w zalęknioną, zniechęconą grafomanię.  A ma być jeszcze gorzej. Nie ma wątpliwości, że Orwell był prorokiem, a dzieło, które miało być ostrzeżeniem, stało się zwiastunem.
Wyczyściłam wszystko, ale jeszcze nie przyznałam się przed zespołem (chyba mnie zabiją). Napisze od nowa, muszę wyleczyć się z zero-jedynkowego systemu, a samo się to nigdy nie dokona. czuję, jak bardzo potrzebuję swobody twórczej, by naprawdę nie zwariować.  
Do dzieła.
                   
                 

niedziela, 11 marca 2012

9) Od kuchni


Zdrowej diety szósty dzień. To znaczy, że całkiem nieźle daje sobie z nią radę. Plan odżywiania, czyli brak planu i szereg luźnych postanowień, na początku nazywać miał się roboczo „Ogarniam swą masę, nie chcę być grubasem”. Potem postanowiłam (a zajęło mi to jakieś dwie godziny tkwienia w pociągu na trasie Warszawa-Gdańsk) swoją dietę-cud nazwać bardziej optymistycznie. Motywująco, pogodnie i w poprawnie politycznie, a zarazem z jawnym pokłonem w stronę massmediów. „Mniej-więcej wiem, co jem”.
Na dobre rozwiodłam się z jogurtami owocowymi, zaś mój związek z jogurtem naturalnym przeżywa fazę namiętnych eksperymentów: z konfiturą wiśniową, z konfiturą malinową, z musem z czarnego bzu, z łyżką czekolady, z płatkami, z bananem, w sosie pomidorowym, w sałatce, w zupie, w ciastku. Zaczęłam nieśmiało przygotowywać się na inwestycję w świeże warzywa i owoce. Początkowe koszta mnie nieco przerażają. Nie sposób nie przyznać racji wyznawcom nieoszczędzania na jakościowym jedzeniu, nie sposób jednak nie przytaknąć kolegom z uczelni, którzy radośnie żywią się zupkami chińskimi, sosami z torebki i gotowymi specjałami typu „pięć procent kurczaka w kurczaku” w cenie gdańskiego biletu ulgowego. Zaczęłam jednak czytać etykiety i przekonywać się do maniery, według której to, jedzenie jest najpewniejsze, gdy uczestniczę w procesie jego bytu od zakupów do zmywania. Może to brzmi niewiarygodnie, ale ciężko jest wykombinować butelkę wody dziennie przy moim trybie życia. Nie, żebym nie chciała jej wypić – naprawdę ciągle chce mi się pić – chodzi raczej o relacje pomiędzy zasobnością moich kolejnych wydatków, posiadaną gotówką i czasem, który wypełniam amatorskim sprintem pomiędzy kolejnymi instytucjami kultury, swoim wydziałem i swoją kwaterą. Do niedawna na tej trasie był bar mleczny (idealnie w połowie drogi pomiędzy kwaterą a uczelnią, miejsce mojej przesiadki) z przepysznym domowym jedzonkiem, ciepłą atmosferą i cenami akurat, ale zorientowawszy się, ile prawdziwa (czyli codzienna!) polska kuchnia dołożyła mi w biodrach i brzuszku, wyprawiłam w duchu bardzo smutny pogrzeb moim wizytom w oazach zaprawianej mąką zupy, tłuczonych z masłem ziemniaków, smażonych na smalcu naleśników i skwierczących w głębokim oleju kotletów, jakimi są bary mleczne. Przynajmniej na najbliższe kilka tygodni. Potem urządzę małe odrodzenie i skuszę się na gęstą jarzynówkę i skąpanego w śmietanie naleśnika lub dorodnego kotleta jajecznego z dużą łychą ziemniaków, które są moją dość wstydliwą słabością, a które wykluczyłam aktualnie z jadłospisu. Skoro nie zawsze mam okazję do nabycia butelki wody (a nabyłabym chętnie jej zapas na jakiś czas, gdybym miała jak się z nią zabrać ze sklepu), piję bardzo dużo herbat. Tu szaleję z zielonymi, czerwonymi, mieszanymi, rooibosem, czarną, aromatyzowaną, każdą. Nie odmawiam sobie kubka kawy. Pozwalam sobie na sok „100%” (w sklepie karton do ręki i trzeba czytać skład, samo „100%” w nazwie jeszcze nic nie znaczy!).
Czego nie jem? Pieczywa. Choć prawie płaczę na widok świeżutkich kajzerek i rogalików, na wypieki mam jeden tylko wyjątek: żyj na chrupkim pieczywie i ryżowych waflach, by w  dobie kryzysu energii (są takie dni, że człowiekowi się słabo robi na myśl, ile praktycznie bez sensu już wysiedział, a ile jeszcze bez sensu siedzieć będzie) pochłonąć pączka na uczelni. Albo bułę z budyniem, czekoladą, czy co tam będzie specjałem lady. Omijam szerokim łukiem śmieciarki, takie jak wszelkie „kebaby” (tego akurat praktycznie je jem… na pewno nigdy na trzeźwo!), maka, kinga, KFC i inne w tym guście. Sieciówkami, w których pozwoliłam sobie bywać, są Subway i Bio Way. Ale kogo dziś na to stać, to tylko warunek awaryjny na sytuację „mam za dużo pieniędzy, czas na lans”.
 Jeśli jeść na mieście, tylko w sprawdzonym miejscach, gdzie jedzenie wygląda, pachnie i smakuje dokładnie tak jak powinno, nie robiąc brzuszkowi niczego, czego robić nie powinno. Ulubione naleśnikarnie, zaufane sushi i wszelkie kawiarnie, które oferują sernik z sera, nie z proszku. Racjonalna dieta, mająca na celu (przecież tylko ewentualnie…) zmniejszenie obwodu tu i tam, nie może być katuszą. Przetestowałam na sobie tyle katuszy, będąc  za młodą i za głupią, że naprawdę mi wystarczy. Przecież uwielbiam jeść! A skoro mogę podrasować swoją odporność, cerę, włosy, samopoczucie; oczyścić organizm i wyrobić dobre nawyki właśnie za pomocą jedzenia, to czemu nie? Zamiast zamówionej pizzy, domowa. Zamiast produktów mamiących dopiskiem „light” – prawdziwe sery, mleko i jogurt. Prawdziwe. Wszystko prawdziwe. Nie szuka nie jeść makaronu, sztuka jeść dobry makaron z sosem z pomidorów a nie tylko „pomidorowym”. Nie jestem mistrzem dietetyki, ale znam mniej-więcej swój brzuszek i wiem, z czego się cieszy tylko on, a z czego i cały organizm.
Nie udało mi się być lepszym człowiekiem, gdy przestałam malować. Nie udało mi się, gdy rzuciłam pisanie. Nie udało mi się, gdy zaczesałam tapir i przestałam głośno wyrażać swoje zdanie. Może się uda, gdy wreszcie można być sobą. Być lepszym, czystym, zdrowszym, szczęśliwszym (proszę, czytelniku, sam sobie dopisz motywujący trajkot). Żeby nie było, że pewne rewolucje w życiu robię bezmyślnie. Jakieś pozory to podstawa, by ukryć, jak wielkim chaosem jest moja egzystencja i jak bardzo jestem z tego dumna.
A teraz smacznego! Pyszny banan o trzeciej w nocy - to jest to!



sobota, 11 lutego 2012

8) Z pracą na języku

                Ludzie stanowczo zbyt rzadko ze sobą rozmawiają. Rozpoczęcie rozmowy wydaje się czymś strasznym. Luźne gadki odpadają. Jeśli odezwiesz się w tramwaju, na przystanku, w kolejce do budki z pieczywem, ludzie zazwyczaj odsuwają się od Ciebie jak tylko się da, mruczą coś niemiło. I patrzą tak przeraźliwie. Patrzą, jakbyś wymachiwał przed nożem i groził, że wyrżniesz ich całą rodzinę, a krwią dzieci przyozdobisz pokój, malując ściany w odwrócone krzyże. Dlaczego tak mało jest ludzi, którzy odzywają się na przystanku , mówią więcej niż „czy sto dwajścia dwa pojechało”? Dlaczego odezwanie się do nieznajomej osoby związane jest z jakimś społecznym strachem, ogromnym wstydem. Kiedy rozmawianie stało się passe?
                Myślę, że przez to zanikają pewne umiejętności porozumiewania się w ogóle, nie mówiąc o porozumiewaniu się w sposób logiczny, spójny i w miarę poprawny językowo, czyli na tyle, żeby się zainteresowane strony zrozumiały. Może nie ma zainteresowanych, może nie ma stron. Obserwacje przynoszą przerażające wnioski.
                Jak dziś, przy przyjmowaniu zlecenia:
- Dzień dobry. Ja z ogłoszenia dzwonię. Tych tłumaczy, no. Czy pani tłumaczy tekst angielski?    
                Ojej. Czy pani się mnie bała? O ile sobie przypominam, moja wizytówka, która wisi w kilku miejscach w sieci i informuje, że tłumaczę przede wszystkim z języka angielskiego, nie gryzie. Mniejsza z tym. Czy dzwoniąc do osoby, której chce się zlecić tłumaczenie, nie należy się przedstawić? Mniejsza z tym, czy ktoś, kto zatrudnił ową panią (po głosie - około czterdziestoletnią) nie miał obiekcji do nieznajomości przypadków? Może biernik już tak bardzo przejął dopełniacz, że nie powinnam się czepiać? Ach, przecież nie przyczepię się do kogoś, kto chce mi zapłacić. marny grosz, bo marny, ale grosz do grosza…
                No. „No”. „Tych” tłumaczy jest bardzo wielu, cieszę się, że wybrano mnie. Dzwoniąc do osoby, która jest potencjalnym zleceniobiorcą, nie zapominajmy o podaniu, skąd ma się namiar do niej. Czy to wizytówka, czy ogłoszenie w gazecie, czy Gumtree. Młoda osoba oferująca tłumaczenia zazwyczaj zamieszcza kilkadziesiąt ogłoszeń tej samej treści na różnych stronach w nadziei, że KTOŚ JĄ ZATRUDNI. A my, tłumacze, nie mamy obowiązku pytać, skąd pani czy pan wie o naszym istnieniu. Warto jednak, by się przedstawił i powiedział, skąd o nas wie. Miło mieć świadomość, dla kogo ma się ewentualnie pracować.
                O umowie zapomnijmy, to temat na oddzielną, bardzo długa wypowiedź. Właściwie to można napisać bardzo grubą książkę na temat tego, w jak koszmarnej sytuacji znajduje się młoda osoba na rynku pracy i jak fatalnie cały ten rynek funkcjonuje. Dla ciekawskich: moja praca polega zazwyczaj na tym, że ktoś zatrudniony w korporacji dostaje bardzo duże zlecenie od swojego przełożonego i wybiera około pięć osób takich jak ja, żeby te zlecenie za niego zrobiły. Jednej takiej osobie płaci po dwie stówy, sam zarabia cztery tysiące. bardzo często taki „zleceniodawca” słysząc o umowie o dzieło, czy w ogóle musząc odpowiadać na jakiekolwiek pytania, od razu przestaje odpisywać na maile (swojego „zleceniodawcy” nigdy nie widzisz i nie słyszysz). Dlaczego się na to godzimy? Czasem chciałoby się iść na koncert, a nie ma za co. Czasem zdarza się student teatrologii – jak ja – który w musi bywać bardzo często w teatrze, a nie zawsze dostaje zniżkę na bilet. I tak dalej. Brzmi jak marudzenie, ale przyjmuję zlecenia z pełną świadomością tego, że nic nie znaczą w rozwoju mojej „kariery”, jaka by ona nie była.
                Kiedy już wiemy, że na umowę nie ma co liczyć, wróćmy do wiarygodności. Miałam kiedyś zleceniodawcę, który od każdego maila kończył „pozdro darek”. Na początku myślałam, że to przypadkowo wklejony tekst z innego maila. W końcu facet przedstawiał się dość wiarygodnie, wizytówka, kontakt do firmy, NIP, nawet podpisaliśmy umowę o dzieło. Jakieś było moje zdziwienie, kiedy po bardzo rzetelnym liście, wyjaśniającym, na czym ma polegać moja praca, w jakiej formie ma być tłumaczenie i co na jakiej stronie, zobaczyłam pozdro dla Darka. Darka z małej litery – darka. Podczas realizowania zleceń ważne jest bycie w kontakcie ze zleceniodawcą. Wymieniałam z panem Dariuszem wiele maili, każda jego odpowiedź podobna była do szybkiego wpisu na czacie. Jeśli w takiej formie, rozmowa powinna mieć miejsce na czacie, w oficjalnym chatroomie na stronie firmy! Gdy wymieniamy maile, zachowujmy formę. Nie traćmy wiarygodności.
                Na koniec mała porada – jak nie dać się wrobić. Trzeba zadawać pytania potencjalnemu zleceniodawcy. Po odpowiedziach (i tym, czy w ogóle się pojawią) można wyczuć, czy jest szansa na wygodną i jawną współpracę. Myślę, że gdyby ludzie więcej, chętniej i swobodniej by ze sobą rozmawiali, uniknęlibyśmy odpowiedzi typu „rzyczeniem klienta jest uporzadkowanie tekstu”, „pieniadze wysle pozdro darek” czy „ja halina”. Jeśli cyberprzestrzeń zastępuje miejsce rozmowy o pracę, nie zapominajmy, że nie w normalnych warunkach rozmowa o pracę nie polega na płaszczeniu się starającego w nadziei na otrzymanie posady, a na obustronnym rozpoznaniu – ja orientuję się, z jaką firmą mam co czynienia, firma orientuje się, czy moje umiejętności i doświadczenie znajdą zastosowanie na danym stanowisku. Może dlatego wciąż jestem bez stałego zatrudnienia, mam oczekiwania wobec pracodawcy? Oczekuję szacunku, wypłacalności, jawności współpracy… (nigdy, ale to nigdy nie pracujcie w call center). A przede wszystkim oczekuję rozmowy. W pracy, poza pracą, na przystanku. Gdyby na ulicach było więcej rozmów, łatwiej byłoby poznawać ludzi. Rozwijać empatię w narodzie, zamiast dusić.
No. Pozdro dla wszystkich Darków.   

czwartek, 26 stycznia 2012

7) Za chwilę dalszy ciąg programu

Gdy ogrom materiału przeraża – rozchoruj się. Idealnie w połowie sesji; na usta wstępuje opryszczka, mięśnie odmawiają posłuszeństwa, głowa zdaje się nie zmieścić więcej. Na dodatek skończyły się pieniążki. Ukochany koniec miesiąca.

W oczekiwaniu na zbyt wiele wydarzeń odczuwam niepożądane zaniepokojenie. Na koniec sesji, na zdjęcia, na pieniążki, na poprawę bytu… Niech się wydarzy coś miłego w końcu, błagam.




I'm in a coma, call 911. Potrzebuję energii.