Niedziela to
taki dzień, kiedy – gwoli nazwy – nic się nie dzieje i nic nie działa. Niedziele
są idealne dla mnie. Stoję na krawędzi nowego tygodnia, z miliardem
niedokończonych spraw, rozkosznie rozleniwiona i zaleczam zmęczenie tygodnia
poprzedniego. Staram się sześc dni w tygodniu spędzac możliwie najmniej
samotnie, zaś niedzielami kontakty bliższe są absolutnie zakazane. Piszę wtedy,
oglądam filmy, gotuję niespieszny posiłek – dziś była to orientalna potrawka
bez sosu sojowego (nie mogę sobie darować niekupienia), za to z słodko-ostrym
sosem chilli.
Przeglądam
gazety, artykuły, skrobię zaległe recenzje i prace. W zeszłym roku jeszcze nienawidziłam
niedziel, a teraz je uwielbiam. Pauza przed energicznym starem w poniedziałek –
poranny fitness jest niezawodny. Niezbędna, szczególnie, że czeka mnie tydzień
intensywny nauki do kolokwium ze sztuki i architektury starożytnej –
poprawkowego, zresztą.
Efektem dziwnych rozmów nad ranem, analizy translatologicznej i zapachu kisielu cytrynowego mieszającym się z aromatem korzennej inki było uzupełnienie mojego tekstu o pół sceny. Skłonna jestem, żeby ten fragment, jeszcze nieopatrzony didaskaliami, był pierwszym w ogóle, który ujrzy światło dzienne.
Efektem dziwnych rozmów nad ranem, analizy translatologicznej i zapachu kisielu cytrynowego mieszającym się z aromatem korzennej inki było uzupełnienie mojego tekstu o pół sceny. Skłonna jestem, żeby ten fragment, jeszcze nieopatrzony didaskaliami, był pierwszym w ogóle, który ujrzy światło dzienne.
(...)
LIDIA Chyba już pójdę.
ZONA Dokąd? Dlaczego?
LIDIA Śnić.
ZONA Śnić?
LIDIA Wciąż o tym samym.
Tylko ludzie jakby w każdym śnie inni. Są noce, że gonię za ulotnym marzeniem.
A tu co mogę? Gdzie gonić? Pustka.
ZONA Ta rozmowa jest
snem.
LIDIA Śnią mi się
ludzie, których nigdy nie widziałam.
ZONA Ta rozmowa jest
tylko snem. A ja nie mam prawdziwych snów. Jestem chory, chory na
rzeczywistość, chory. Chcę się obudzić! TERAZ!
LIDIA Umrzeć?
ZONA Czuję smak śmierci
każdej nocy. Jest słodka i gorzkawa. Zimna i gorąca. Śmierć smakuje jak miłość.
LIDIA Co ty mówisz,
Zona?
ZONA Idę umierać.
Spotkajmy się we śnie.
LIDIA Dokąd ty… czekaj!
ZONA UMIERAĆ! UMIERAĆ!
Otwórz oczy i dostrzeż, że nie otacza nas nic poza iluzją. Realność jest
słodkim kłamstwem. Słodkim i gorzkim, na realność się umiera. Poza iluzją nie
ma nic, jedynie niebyt. Bo nic nie jest czymś przez przekonania, iż jest tym
właśnie, a przekonanie to wmówienie, pewność, pewien obraz, że coś na pewno.
Iluzja. KOCHAĆ! KOCHAĆ! UMIERAĆ! UMIERAĆ!
LIDIA Szaleniec!
ZONA UMIERAĆ! KOCHAĆ!
ILUZJA!
LIDIA Byt to my, a my
jesteśmy naprawdę.
ZONA Nie wiesz tego
nigdy. Nie ma nas tu, ta rozmowa jest tylko snem. Byt funkcjonuje w pustce,
pustka to wszystko. Jeśli my jesteśmy bytem, to i krzesło jest bytem, a pokój
to pustka pomiędzy ścianami i tak my funkcjonujemy w pustce. Pustka zawsze jest
tak, gdzie byt. Połóż palec w mokrym piasku. Byt twojego palca zmieni obraz
piasku, czyli zmieni byt. Piasek przed spotkaniem z twoim palcem to już niebyt.
Piasek nie będzie i będzie. Gdybyś teraz wstała z krzesła, w poduszce na
siedzisku pozostanie niebyt. Byt dupy zostanie z tobą, natomiast niebyt dupy ze
mną, gdy ja będę bytem w tym pokoju, a ty bytem poza nim i niebytem tu.
Za dużo tworzę, za mało śpię. Za
mało tworzę, za dużo się waham.
